Wasze historie

NIEZATAPIALNA KINGA

Mam 40 lat. Jestem oligofrenopedagogiem, terapeutą, nauczycielem wspierającym, specjalizuję się w terapii prof. Tomatisa (treningi stymulacji słuchowej) terapii ręki z elementami integracji sensorycznej, stymulacji dzieci / młodzieży z autyzmem i aspi. Mam za sobą dwa niemiłosiernie trudne małżeństwa, z których wyszłam z dosłownie jedną torbą,15 letnią niepełnosprawną córkę (z którą zostałam sama od jej drugich urodzin) i dwie młodsze (zdrowe dziewczynki). Jestem też dzieckiem „niedokochanych” rodziców i z przerwanej, matczynej więzi. Wiem, co to przemoc „w białych rękawiczkach”, ta najtrudniejsza do wykrycia i tak często bagatelizowana! Wiem, jak to jest być mamą dziecka niepełnosprawnego, u którego na pierwszy rzut oka nie widać niepełnosprawności. Wiem, jak to jest być niekochanym dzieckiem i wiem, jak to jest, siedzieć przy stole z obcymi sobie ludźmi, w czasie, w którym inni jednoczą się z rodziną. 

PODOBNO TYLE NAS W ŻYCIU SPOTYKA, ILE JESTEŚMY W STANIE UDŻWIGNĄĆ. UUUPPPPSSSSSSssssss! 

„Czasem nie wolno odpuścić i stanąć z boku, bo w życiu są sprawy dużo ważniejsze niż spokój”…, – tak najkrócej choć i najpełniej mogłabym zdefiniować siebie i to „jaka jestem” 

Od małego imponowały mi się silne, charyzmatyczne i niezależne kobiety. Kobiety Wojowniczki. 

Chciałam być jedną z nich, poszukiwałam takich mocnych, zdecydowanych ale i sprawiedliwych kobiet wokół mnie. Chłonęłam ich energię, delektowałam się ich obecnością, inspirowałam wymianą myśli.

Najpierw była to moja ŚP Babcia Helena, nazywana pieszczotliwie „Lusią”, potem moja najukochańsza polonistka i trenerka wychowania fizycznego, ale i trenerka rozwoju osobistego (nie wiem czy mogę zdradzić ICH tożsamość, ale bardzo bym chciała, żeby dowiedziały się, jak były dla mnie ważne, zwłaszcza w tym trudnym nastolatkowym wieku). Z wielkiego świata Ewa Błaszczyk, Krystyna Janda, Monika Olejnik, Katarzyna Miller, Beata Pawlikowska ale i Clarissa Pinkola Estes, Zofia Stryjeńska. Bezkompromisowe, wybitne i sprawcze. 

Mogłabym chłonąć ich życiową mądrość garściami. Prawdę mówiąc, wierzyłam, że jestem czystą, niezapisaną kartką, myślałam, że wystarczy być przyzwoitym, żyć i być w zgodzie z samym sobą, bo to daje największą siłę.

Zapomniałam jednak o jednym, o tym, że nawet największa siłaczka nie na wszystko ma wpływ, nie ze wszystkim jest i będzie w stanie sobie poradzić, że życie pisze tak różne i tak dramatyczne w skutki scenariusze, że można upaść, leżeć i najzwyczajniej w świecie się nie podnieść…., że tak dużo zależy też od tych ludzi, którymi się otaczamy, tych wszystkich dookoła NAS ale i też od tego, w jakiej Rodzinie dorastaliśmy, jakich mamy Rodzicieli, znajomych, przyjaciół. Nie sądziłam, że jedna niewłaściwie podjęta decyzja, jeden „niewłaściwy” człowiek, choroba, nałóg, brak środków, brak wewnętrznej mocy, może Nas pokonać! Być może „jeszcze” nie zabić, ale odebrać siłę i to, w co wierzymy. Miłość, która zostawia po sobie rany, rany, które pozostawiają po sobie trwałe blizny.  

… a najtragiczniejszy paradoks silnych kobiet polega na tym, że im silniejsza jest kobieta na zewnątrz, tym bardziej bezradna jest jej „wewnętrzna dziewczynka” i tym większa jej tęsknota za dominującym macho, którego silna kobieta nie może zaakceptować…” Maja Storch – „Tęsknota silnej kobiety za silnym mężczyzną”

NIEZATAPIALNA JULIA

Chciałabym podzielić się z Wami przeżyciami, które odmieniły moje życie. Czy na gorsze czy na lepsze – sami ocenicie czytając. Być może ktoś was, kto sam przeżywał lub przeżywa swój dramat, odnajdzie w mojej historii odrobinę nadziei i pocieszenia.

Zacznę od początku. Na chwile obecną mam prawie 25 lat. Moja historia zaczęła się gdy miałam lat 10. Od dziecka borykałam się z widokiem przemocy w mojej rodzinie. Mój ojciec pił i brutalnie bił matkę. I choć trwało to bardzo długi okres mojego dzieciństwa, naiwnie nie przestawałam cieszyć się tym, że mam wspaniałych rodziców. Po wielu interwencjach policji, opieka społeczna postanowiła odebrać mnie i moje rodzeństwo rodzicom i przenieść do rodziny zastępczej. Okazało się, że moją nową rodziną została moja babcia. Uważałam ją za najwspanialszą kobietą pod słońcem, dopóki z nią nie zamieszkałam. Niestety nie byłam jej ulubioną wnuczką. Wciąż powtarzała, że jestem bezwartościowa. Konsekwentnie traciłam wiarę w siebie. Rok po opisanym zdarzeniu, moja mama odzyskała połowę praw rodzicielskich i zabierała mnie często do siebie. Mieszkała już z nowym partnerem, z którym była w ciąży. Uwielbiałam spędzać z nią czas, tak więc bardzo chętnie ją odwiedzałam. Cieszyłam się z dziecka, którego sie spodziewała. Jej partner, choć był o 13 lat młodszy od niej, wydawał się być człowiekiem bardzo dojrzałym i opiekuńczym. Kilka miesięcy po urodzeniu dziecka dowiedziałam się, że będę miała następnego braciszka. Byłam wniebowzięta! Częściej chciałam odwiedzać mamę, by pomagać jej przy pielęgnacji maluszków. Gdy skończyłam 15 lat, moje podejście zaczęło się zmieniać. Miałam swoich znajomych, myślałam nad tym, w jakim kierunku się kształcić i co będę robić w życiu. Spędzałam u mamy co drugi weekend. Do momentu, gdy zaczął się mój koszmar. Powoli traciłam dobry kontakt z mamą, czułam, że coś jest nie tak. Mimo wszystko chciałam z nią być choć kilka godzin w miesiącu. Mój okres dojrzewania był dla mnie bardzo ważny, jak dla większości nastolatek… dopóki nie zniszczył go partner mojej mamy, starszy ode mnie mężczyzna, któremu w pewnym sensie ufałam. W nocy zakradł sie do małego pokoju przy kuchni, złapał mnie za ręce i unieruchomił śpiącą w łóżku. Przebudziłam się, ale nie wiedziałam co się dzieje. Próbowałam wyrwać się i zaczęłam wołać mamę, która ma sen twardszy niż ktokolwiek kogo znam. Nie usłyszała mnie. Mimo szarpaniny, przez którą powoli zaczynało brakować mi sił, on zrobił mi to, skrzywdził mnie, odebrał wszystko, odebrał mi sens i wiarę w życie. Zgwałcił mnie. Nie zapomnę jak po skończeniu powiedział, że jeśli komuś powiem i tak mi nikt w to nie uwierzy. Przepłakałam kilkanaście nocy. Po cichu, tak by nikt nie zauważył mojego cierpienia. W końcu nie wytrzymałam. Uznałam, że matka, która zastanawiała się dlaczego już do niej nie jeżdżę, uwierzy mi i zrozumie z jakim potworem żyje pod jednym dachem. Pojechałam do niej po szkole, opowiedziałam jej co się stało… i spotkał mnie kolejny zawód. Kobieta, która była jedynym moim ratunkiem i najbliższą mi osobą, nie uwierzyła w to co mówię. Stwierdziła, że chcę jej odebrać to co ona kocha! Ogarnęła mnie jeszcze większa rozpacz. Chwilę po naszej rozmowie wszedł on. Usłyszał o czym rozmawiałam z mamą. Nie przyznał się do niczego. Twierdził, że go uwodziłam i sama wskoczyłam mu do łóżka. A mama  uwierzyła jemu, a nie córce, która cierpiała. Znienawidziłam ją wtedy za to. Po kolejnych przepłakanych nocach powiedziałam dość. Nie mam pojęcia skąd wzięła się ta siła, ona po prostu sie pojawiła. Zgłosiłam sprawę na policję. Bardzo to przeżyłam… rozmowy z różnymi ludźmi, badania i analizy tego, jak do tego doszło… długo trwało, zanim policja zebrała odpowiednią ilość dowodów na moją wersję zdarzeń.

Za każdym razem gdy o tym myślę, łzy zbierają się w oczach. Smutek rozsadzał mnie od środka. Ale mimo wszystko nie dawałam po sobie poznać, że coś złego mnie spotkało. Mimo tego, że było to bardzo trudne, nie poddałam się. Stwierdziłam, że odzyskam zaufanie mamy. Pojechałam do niej na weekend z całym moim rodzeństwem. Spędziliśmy fajny, miły dzień, aż nadszedł wieczór. Serce zaczynało mi bić coraz mocniej, bo wiedziałam, że zbliża się godzina nocna i pora na sen. Mama zaproponowała żebym spała przy niej, jeśli da mi to poczucie bezpieczeństwa. On spał po drugiej stronie łóżka, odgradzała nas mama. Zgodziłam się, ale nie mogłam zasnąć. Ciągle myślałam, że jak tylko zamknę oczy, ten koszmar znów się zacznie. Moja mama zasnęła. Uwierzyłam w końcu, że ta noc będzie spokojna. Ale się myliłam. To była scena jak z kiepskiego filmu, scena, w którą trudno uwierzyć. On przełożył rękę nad moją mamą i zaczął mnie dotykać. Łzy spływały mi po policzkach, próbowałam za wszelką cenę obudzić mamę tak by go nie spłoszyć, by zobaczyła na własne oczy jakim bezczelnym trzeba być skurwielem, by robić takie rzeczy. Po długich próbach obudzenia mojej mamy z twardego snu, otworzyła wreszcie oczy. Zobaczyła moją zapłakaną twarz i pokazałam jej dyskretnie, by zsunęła kołdrę która okrywała moje ciało. Matka wpadła w wtedy szał, dostała ataku furii na swojego partnera. Ja nie dałam rady być dłużej silna, płakałam jak nigdy. To był koszmar.

Po tych wszystkich wydarzeniach mama wyjechała z ich dziećmi do swoich rodzinnych stron. Po raz kolejny mnie zostawiła, a mężczyzna, który mnie skrzywdził poszedł za kratki. Nie miałam wsparcia od nikogo, bałam się o tym mówić dopóki nie poznałam chłopaka, który dał mi siłę, i którego obdarzyłam bardzo dużym zaufaniem. Poznał moją historie, wspierał, czekał aż sie otworzę, aż będę gotowa na jakiekolwiek zbliżenie miedzy nami. I tak dwa lata później uznałam, że nadszedł ten czas. Że jestem już gotowa na to, by się zbliżyć do niego. Na to by oddać się w pełni i pokazać mu moje zaufanie oraz miłość, jaką go darzyłam. I tu zaczęły kolejne schody w moim życiu. Zaszłam w ciążę. Z jednej strony cieszyłam się, a z drugiej strony miałam obawy jak to będzie. Miałam już 18 lat i wyprowadziłam się od babci do własnego mieszkania. Przygotowałam cudowny sposób, by przekazać wiadomość mojej miłości o tym, że będzie ojcem. I spotkało mnie kolejne rozczarowanie. Odszedł tej samej nocy, twierdząc, że dziecko, które noszę, nie jest jego. Zabolało. Boże jak bardzo. Kolejny raz ktoś wbił mi nóż w serce. Ale wtedy także nie poddałam się. Uznałam, że to Bóg prowadzi mnie tą ścieżką. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Każda sytuacja w naszym życiu pokazuje nam kim jesteśmy i kształtuje nasz charakter. Przepłakałam kilka kolejnych nocy. Pamiętam jakby to było dziś pewien poranek, gdy będąc u ginekologa poznałam płeć dziecka. Poczułam wewnętrzną siłę. Zawsze radziłam sobie sama i tym razem też sobie poradzę! Dziecko dało mi wiarę w lepsze jutro i to dzięki niemu przetrwałam. Zaczęłam żyć i odradzać sie na nowo. Z każdym nowym dniem pochłaniałam coraz więcej szczęścia. Uwierzyłam, że dam radę pokonać swoje lęki. 4 miesiące później urodziłam syna. Miałam już 19 lat i byłam przeszczęśliwa. To było 3700g nowej wiary w moim życiu!

Myślę, że każdy pisze swoją historię i w każdej chwili może zmienić swój los. Teraz mam prawie 25 lat. Jestem optymistką. Z każdym dniem uśmiecham sie coraz więcej. Zabijam smutek uśmiechem. Pewnie nigdy nie zapomnę ile krzywd przeżyłam, ale nauczyłam sie wybaczać i kochać każdy dzień tak, jakby był moją wewnętrzną oazą szczęścia. Nie mam pojęcia jakim cudem stałam sie takim człowiekiem, jakim teraz jestem, ale wiem jedno:  w życiu mimo wszystkich trudnych chwil można być szczęśliwym człowiekiem! 🙂

NIEZATAPIALNY MARCEL

Moja historia walki z chorobą rozpoczyna się w 2008 roku. Byłem typowym nastolatkiem, który spędzał czas grając na komputerze, spotykając się ze znajomymi i przygotowując się do matury. Jako osoba pełnoletnia postanowiłem, że będę oddawał krew, ponieważ idea pomagania innym zawsze była mi bliska. Pewnego jesiennego dnia dostałem list od stacji krwiodawstwa w Łodzi , w którym zostałem poproszony o osobiste stawiennictwo w stacji. Na miejscu otrzymałem komputerowy wydruk z informacją, że jestem zarażony HCV typu C i abym zgłosił się na leczenie.

Pierwsza kuracja została przerwana po trzech miesiącach, ponieważ mój organizm nie odpowiadał. Co więcej łatwo było dostrzec zmiany w organiźmie związane z braniem leków, wypadły mi włosy, straciłem na wadze. Na tą chwilę było to jedyne, dostępne leczenie.

Dopiero dzięki wizycie prywatnej u prowadzącego mój przypadek doktora dowiedziałem się o amerykańskim programie leczenia, które rozpocznie się w 2011 roku. Koszt ogólnego leczenia przekraczał cenę dużego domu, na szczęście leczenie było refundowane przez państwo. Ponieważ odbywało się ono w formie testu, na potrzebę leczenia nadany mi został numer porządkowy. Podobnie leki, które przyjmowałem, nie miały nazwy, tylko swój indywidualny numer testowy. Byłem czymś w rodzaju królika doświadczalnego, ja i pozostałe cztery osoby, które zakwalifikowane zostały do programu leczenia. Z tygodnia na tydzień obserwowałem jak mój organizm cierpi, oprócz coraz mniejszej wagi i wypadających włosów, moje ciało pokryte było ogromną ilością wszelkiej maści plam. Brakowało mi również sił, prowadzący mnie lekarz zasugerował przerwę w nauce i skoncentrowanie się na leczeniu. Ja jednak zdecydowałem ciągnąć studia i żyć normalnie. W wakacje na zgodę prowadzącego lekarza wyjechałem z moim tatą na ponad tygodniową wyprawę kajakową do Finlandii. Nawet tam codziennie nie rozstawałem się z lekami. Siedząc przy ognisku musiałem brać zastrzyki, które były bardzo bolesne i zostawiały brzydkie ślady na moim ciele.

Leczenia nie ułatwiał mi fakt, że moje towarzystwo nie stroniło od imprez i alkoholu. Walcząc o akceptację ze strony środowiska, weekendy były czasem domówek i wyjść na miasto. Bez wątpienia leki, w tym chemia oraz alkohol nie były najlepszym połączeniem.

Mój ojciec, który obserwował mój stan, niejednokrotnie przeprowadzał ze mną rozmowy, w których zachęcał do powrotu do sportu. Warto wspomnieć, że przez całe życie byłem bardzo aktywny: pływałem kajakiem, miałem ukończony kurs ratownika WOPR, kochałem jazdę na rowerze. Moja choroba i potrzeba akceptacji ze strony środowiska powodowała, że chętniej jednak budziłem się z kacem niż z zakwasami. Jednakże pod koniec 2011 roku uznałem, że czas z tym skończyć, że jak tylko zakończę leczenie (ostatnia dawka leków przewidziana była na okres między świętami a sylwestrem) wezmę się za siebie, wrócę do sportu. Wiedziałem, że jestem słaby, że moje ciało bardziej przypomina roślinę, niż sportowca, ale naprawdę chciałem to zmienić. Obiecałem sobie, że sylwester będzie ostatnim dniem, kiedy pozwolę sobie „popłynąć” i z pierwszym stycznia wezmę się w garść. Postanowiłem zacząć od treningów w domu, wydrukowałem sobie plany treningowe, które z bólem wprowadzałem w życie. Rozpocząłem od zwykłych pompek i brzuszków. Niejeden trening kończył się łzami, nie miałem na nic siły. W międzyczasie wizyty kontrolne w szpitalu potwierdzały moją nadzieję, że leczenie przyniosło skutek, że choroba nie wraca. Zmotywowało mnie to do pójścia na siłownię, na początku z kolegą, później samemu. W momencie, gdy pierwszy raz szedłem na siłownię ważyłem niecałe 60 kg, naprawdę było nad czym pracować. Rok później, w 2013 roku rozpocząłem przygodę z bieganiem, wystartowałem w pierwszym biegu na 10 km, który zakończył się kontuzją, która wykluczyła mnie z uprawiania tej dyscypliny na dwa lata. Cały czas jednak konsekwentnie robiłem swoje, trenowałem, odstawiłem nocny tryb życia. Aż do dzisiaj, mój świat kręci się wokół sportu, mam na swoim koncie całe mnóstwo startów w biegach ulicznych, leśnych, górskich czy terenowych. W 2018 roku przebiegłem swój pierwszy maraton, chociaż najbliższe mojemu sercu są biegi przeszkodowe typu Runmageddon. Wraz z moją narzeczoną zaliczamy kolejne szczyty do Korony Gór Polskich, biegamy, trenujemy na siłowni. W weekendy moja narzeczona wsiada na rower i towarzyszy mi podczas moich dłuższych wycieczek biegowych. Nawet gdy w połowie 2018 roku podczas bieszczadzkiego biegu naderwałem więzadła stawu skokowego i przez pewien czas chodziłem o kulach, starałem się chodzić na basen żeby ciało nie zapomniało o sportowym trybie życia. Pierwszy półmaraton po urazie ukończyłem już w październiku. To było dla mnie bardzo ważne żeby kolejny raz nie dać się złamać. Kolejna próba charakteru pokazała mi, że w życiu przychodzą chwile próby i nie wolno się poddawać. Dzisiaj szykuję się do kolejnych wyzwań. Marzę o debiucie w triathlonie i terenowym biegu na 50 km.

NIEZATAPIALNA KASIA

Przeszłam depresję, z którą poradziłam sobie dzięki terapii. Dwa lata temu rozwiodłam się z mężem, po 9 latach małżeństwa i 7 latach bycia parą. Kilka lat po ślubie urodzili się moi synowie. Jestem też dorosłym dzieckiem alkoholików. Mama i siostra piją do dzisiaj, tata jest trzeźwym alkoholikiem. Odbił się od dna i mimo ogromnych konsekwencji jest fajnym, pomocnym ojcem i fantastycznym dziadkiem. Po urodzeniu synów zaczęłam czuć się źle, nie układało się w relacji z mężem, byłam płaczliwa, smutna, zakompleksiona i nieszczęśliwa. Mąż robił karierę zawodową, a ja zajmowałam się dziećmi i domem. Rok po urodzeniu drugiego syna poszłam na terapię grupową DDA, która uświadomiła mi jak dużo mam do zrobienia i jak bardzo nie znałam swoich granic i pozwalałam je przekraczać. Po zakończeniu terapii grupowej zdecydowałam się na terapię indywidualną, w związku z bardzo trudnym, bolesnym rozpadem małżeństwa skończyłam ją dopiero na koniec ubiegłego roku. Obecnie jestem w szczęśliwym, dojrzałym związku z fantastycznym mężczyzną i jestem bardzo szczęśliwa. Po tym wszystkim uważam, że podstawą w trudnych sytuacjach życiowych i po przejściach z dzieciństwa, jest szukanie pomocy u specjalistów i korzystanie z rad i wsparcia prawdziwych przyjaciół.

%d blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close